Wyczekiwane wakacje.

Mija już miesiąc od mojego powrotu z Niemiec i teoretycznie miesiąc moich wakacji. Teoretycznie tylko, ponieważ dwa razy musiałem pojechać do Rzeszowa, aby nadrobić różnice programowe związane z moim wyjazdem. Lecz zanim wyjechałem na pierwszy egzamin, na Okęciu było spore wydarzenie – przylot prezydenta USA Baracka Obamy, oraz wielu przedstawicieli innych krajów.

Daty nie zbyt się wpasowały w moje plany, gdyż tego samego dnia gdy Obama przylatywał, ja w nocy wyruszałem do Rzeszowa. Tego dnia (a był to 3 czerwca) złapałem tylko słynnego Air Force One, zmodyfikowaną wersję Boeinga 757, oraz Boeinga 777-200 Emirates (który to od 1 czerwca zaczął rozkładowo latać na tej maszynie do Warszawy). Pogoda  była paskudna, padało całą poprzednią noc i z rana, a dotarcie do miejscówki na zdjęcia wymagało ogromnych poświęceń – dość powiedzieć, że po przejściu 100 metrów przez krzaki sięgające nieraz ramion, buty miałem już przemoczone. Nikt nie powiedział, że zawsze ma być ładnie i słonecznie, zdjęcia czasem wymagają sporych poświęceń 😉 Efekty poniżej.

Informacyjnie – zalecam klikanie w zdjęcia – wówczas wyświetlą się w większej rozdzielczość – lepszej jakości.

Air Force One

  


 

Nocą wyruszyłem Polskim Busem do Rzeszowa celem napisania zaległego egzaminu. Przy okazji, dzięki uprzejmości lotniska w Rzeszowie, nasze stowarzyszenie miało okazje wejść do airside na przylot i odlot pierwszego wakacyjnego rejsu czarterowego. Lot był wykonywany przez tunezyjską linię czarterową Nouvelair Tunisie na Airbusie A320, a turyści polecieli na wyspę Djerbę.

    

 

Egzamin napisany, czas ruszać w drogę – tym razem nie wracałem od razu do domu, lecz na 2 dni postanowiłem zakotwiczyć się u koleżanki we Lwowie i trochę zobaczyć to piękne, niegdyś polskie miasto, oraz zobaczyć na jakim poziomie rozwoju jest obecnie Ukraina.


 

W przypadku jazdy samochodem, miałbym do pokonania 169km z Rzeszowa. Niestety, samochodu nie miałem i musiałem korzystać ze środków masowego transportu. Najpierw miałem do przejechania odcinek Rzeszów – Przemyśl pociągiem w około 1,5h. Następnie z Przemyśla do granicy, a konkretnie Medyki busem w około 15 minut. Z granicy (Szeginie po stronie ukraińskiej) bezpośrednio do Lwowa marszrutką. Pomimo tego, że do celu dzieliło mnie już tylko około 90km, jazda trwała ponad 2 godziny.

Pierwszy etap podróży nie był dla mnie szczęśliwy – z powodu remontu torów mój pociąg stał w polu około 30 minut w celu przepuszczenia innych pociągów. W efekcie do Przemyśla dojechałem po 2 godzinach. W Przemyślu czekałem kolejne 30 minut na busa do granicy. Szczęśliwie nie było zbyt dużego tłoku na granicy i udało mi się ją w miarę szybko pokonać. Gdy już wyszedłem po stronie ukraińskiej musiałem znaleźć autobus, który zawiezie mnie do Lwowa. Nigdzie w okolicy nie mogłem znaleźć żadnego przystanku, w związku z tym postanowiłem podążyć za grupką ludzi – może oni też idą na autobus. Dobrze zrobiłem, gdyż trafiłem prosto na przystanek. I tu zaczyna się moja przygoda z Ukrainą.

Autobus, a konkretnie marszrutka, bo tak jest nazywany ten środek komunikacji, to nic inny jak stary niewielki  bus, mogący pomieścić max 15 osób na miejscach siedzących, lecz realia pokazują, że i 30 osób w środku to tutaj norma. Dobrze, że w gimnazjum coś poznałem język rosyjski, gdyż mogłem przeczytać co jest napisane cyrylicą (gorzej ze zrozumieniem).  Zdjęcie busa nie jest mojego autorstwa (po kliknięciu na zdjęcie, zostaniecie odesłani do właściwej strony).

Koszt przejazdu to zaledwie 23 hrywny, czyli około 7-8zł. Po około 40 minutach oczekiwania w końcu ruszyliśmy. Na domiar złego bateria w telefonie mi się wyczerpywała w zastraszającym tempie i musiałem po prostu wyłączyć telefon aby zaoszczędzić energii na czarną godzinę.

Zastanawiałem się jak długo będziemy jechać – w końcu 90km to nie jest daleko. Lecz po zjeździe z drogi ekspresowej w podrzędną drogę (podrzędnej jakości) straciłem jakiekolwiek nadzieje na szybki przyjazd. Zmęczenie dawało się już we znaki, bo jakby nie patrzeć była to kolejna godzina podróżowania w moim wydaniu tego dnia, mając za sobą nieprzespaną noc w autobusie do Rzeszowa. Wlekliśmy się okropnie, ludzie co chwile wsiadali i wysiadali z marszrutki w różnych wsiach. Podczas jazdy 50kmh rzadko przekraczaliśmy, a zamiast szybkiej jazdy co chwila podskakiwaliśmy na wybojach i dziurach w drodze. Miałem to szczęście, że miałem miejsce siedzące – drugie tyle osób stało normalnie na przejściu. Po ponad 2 godzinnej tułaczce szczęśliwie dotarłem do Lwowa. Tam czekała na mnie Marta, koleżanka u której miałem spędzić tych kilka dni wraz z jej bratem, który nas odwiózł do domu. W momencie przyjazdu była już godzina 23 (inna strefa czasowa we Lwowie, przesuwamy zegarek o godzinę do przodu). Cała podróż z Rzeszowa zajęła mi ponad 6 godzin.

Dnia następnego zwiedzaliśmy miasto. Zobaczyłem główne pominiki i budynki znajdujące się w centrum miasta (m.in. pomnik naszego wieszcza, Adama Mickiewicza, ratusz, rynek lwowski, grekokatolicką świątynię Dominikanów), a także odwiedziłem Cmentarz Orląt Lwowskich na którym są pochowani Polacy walczący o wolność Lwowa w latach 1918-1920, wówczas polskiego miasta. Zacznę od dwóch moich ulubionych zdjęć z tego dnia. Tak się akurat składa, że oba są w tonacji czarno-białej.

Pierwsze zdjęcie zrobione na rynku, gdy przysiadłem na ławeczce aby trochę poobserwować ludzi i życie wokoło. Na ławce obok usiadła babcia z dziadkiem oraz z ich psem. Bardzo mnie ta sytuacja zaintrygowała, szczególnie ze względu na psa, który wydawał się być bardzo przywiązany do swoich właścicieli.

 

Drugie zdjęcie natomiast zostało wykonane podczas jazdy tramwajem. Wewnątrz panował spory zaduch, trzęsło strasznie, a jechaliśmy z prędkością 10kmh ze względu na korki.

IMGP5849

I kilka pozostałych zdjęć:

Wnętrze klasztora Dominikanów, a konkretnie Kościoła Bożego Ciała. Fisheye działa tu najlepiej. 😉

 

Pomnik Adama Mickiewicza 

I kilka zdjęć z Cmentarza Orląt Lwowskich:

Wszystkie zdjęcia ze Lwowa dostępne są tutaj: https://www.flickr.com/photos/andmal/sets/72157645526646845/

Trzeciego dnia pobudka wcześnie rano, aby w porę dotrzeć na powrotnego Polskiego Busa do Warszawy z Rzeszowa. Powrót wyglądał identycznie – najpierw marszrutka do granicy, potem szybka kontrola, busem z Medyki do Przemyśla, aż w końcu pociągiem (tym razem pośpiesznym, nie chciałem się wlec dwóch godzin jak ostatnio) do Rzeszowa.

Intensywna i wyczerpująca wycieczka, lecz dała sporo nowych doświadczeń i pokazała nieco inne oblicze życia niż to co spotykamy na codzień w Polsce. Szkoda, że polskie miasto Lwów, nie jest już w Polsce, bo przykro było oglądać jak zaniedbane są niektóre budynki, ulice, i mniejsze wioski.


Na zakończenie tego wpisu, dwa zdjęcia ze spottingu na stołecznym lotnisku Okęcie. Powodem był przylot samolotu legendy – Tupoleva Tu154 białoruskich linii Belavia. Nie chciało mi się wstawać na przylot, więc mam zdjęcie tylko z odlotu.

Tupolev: 

I jeszcze 737 z Ukrainy z ładnymi chmurami. 

Póki co mamy już lipiec, ja rozpocząłem praktyki w biurze Lufthansy i potrwają one przez pewien czas, stąd niespodziewam się abym w najbliższym czasie napisał nowego posta.

 

Zatem prawdopodobnie do zobaczenia w sierpniu!

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s