‚Ey up!

Powoli dobiega kolejny tydzień życia w Huddersfield. W tym wpisie opowiem krótko moje pierwsze wrażenia z pobytu, a także podzielę się z Wami kilkoma spostrzeżeniami.

Lot do Manchesteru odbył się 19 września. O 6:35 planowo miałem start do Brukseli, aby tam mieć godzinę na przesiadkę na lot do Manchesteru. Podróż  lekko skomplikowana (w końcu nie był to lot bezpośredni), lecz cieszyłem się na możliwość odbycia dwóch lotów jednego dnia.

Po przybyciu na Lotnisko Chopina, okazało się, że moja walizka przekracza limit bagażu o 2kg, w związku z czym musiałem się trochę przepakować. Szczęśliwie udało się ostatecznie nadać bagaż, a ja dostałem dwie karty pokładowe pomimo tego, że już wcześniej odprawiłem się online. Po przejściu security, skierowałem się w stronę właściwej bramki do odlotu. Po 10 minutach oczekiwania rozpoczął się boarding. Samolot, który miał wykonywać lot to Avro RJ100 o rejestracji OO-DWD. Bardzo cieszyłem się z tego względu, ponieważ był to mój pierwszy lot na tym typie samolotu, co więcej jest on nietypowy gdyż posiada 4 silniki, a jest dość mały – przewozi mniej niż 100 pasażerów. Pieszczotliwie, samolot ten jest nazywany „Jumbolino”. Poniżej zdjęcia ilustrujące rozmiary Jumbo Jeta jak i Avro.

O 6:30 przez głośniki rozległ się głos pilota informującego o opóźnieniu odlotu o około 30 minut. Powodem miały być kiepskie warunki pogodowe w Brukseli (mgła). To nieco psuło moje plany jeśli chodzi o przesiadkę. Miałem tylko godzinę planowo na transfer, a w międzyczasie miałem do pokonania spory odcinek piechotą z Pirsu A do Pirsu B, następnie kontrola paszportowa, ponowna kontrola bezpieczeństwa i dopiero właściwy pirs. Zaczęło się robić gorąco, zastanawiałem się czy uda mi się zdążyć na mój lot. Jeśli chodzi o komfort przelotu Avro – siedziałem na skrzydle tuż koło silnika, hałas był umiarkowany, nie trzęsło, lecz miejsca na nogi było bardzo mało, szczególnie jeśli osoba przed nami pochyli swoje oparcie.

W Brukseli wylądowaliśmy o 9:05 i pozostało mi 35 minut do zamknięcia bramki. Miałem nadzieję, że lot do Manchesteru również będzie opóźniony – patrzyłem na historię tego lotu w ciągu poprzednich 3 tygodni i większość odlotów była po czasie. Niestety nie tym razem. Zanim nasz autobus (nasz samolot zaparkował na odległym, zdalnym stanowisku) dotarł do terminala, była 9:15. Tylko 25 minut na przejście kilkuset metrów, odczekanie swojej kolejki do kontroli paszportowej i bezpieczeństwa. Po wyjściu z autobusu żwawo ruszyłem za znakami informującymi w którą stronę powinienem się udać. Szczęśliwie były one wystarczająco czytelne i zrozumiałe i po 10 minutach dotarłem do kontroli paszportowej. Zastałem ogromną kolejkę, długości 30m i szerokości 5m. Wówczas straciłem jakąkolwiek nadzieję. Jednakże nie potrzebnie się zmartwiłem, gdyż były to dwie połączone kolejki – jedna dla pasażerów z poza UE i jedna dla pasażerów UE i EEA oraz Szwajcarów. W tej kolejce odczekałem 15 minut.

Kontrolę paszportową przeszedłem o godzinie planowego wylotu.

Security jak zwykle trochę mi zeszło, gdyż musiałem wypakować cały plecak zapchany elektroniką. Równo o 9:50 pokonałem kontrolę bezpieczeństwa i biegiem ruszyłem w kierunku właściwej bramki. W pewnym momencie zauważyłem na tablicy informacyjnej czerwony napis tuż koło mojego lotu, napisany po niderlandzku – domyśliłem się tylko, że oznacza on Final call, czyli ostatni pasażerowie są przyjmowani na pokład. Włączyłem 5 bieg i w szaleńczym tempie pokonywałem kolejne metry do bramki. Po drodze wyprzedałem innych pasażerów spieszących się na swoje loty. 300m do bramki… 200m…

Z plecakiem ważącym 10kg nie był to łatwy bieg, lecz nie mogłem odpuścić. Będąc 50m od bramki zauważyłem, że jeszcze jest otwarta. Dobiegłem zdyszany, a tuż po mnie przybiegło jeszcze kilku pasażerów. Zdążyliśmy tylko wymienić uśmiechy i komentarze na temat fatalnych przesiadek w Brukseli, po czym weszliśmy na pokład samolotu. Tym razem samolot obsługujący rejs do Manchesteru był Airbus A319 i nie był to pierwszy raz gdy leciałem tym typem samolotu (poprzednio A319 leciałem w tym roku w jednym z lotów Frankfurt-Warszawa). Samolot był już wypełniony pasażerami, ledwo co usiadłem na swoim miejscu, zapiąłem pasy i już zostaliśmy wypchnięci z gatu. Udało się. Sprawdziłem godzinę i dochodziła 10.

Lot był znacznie krótszy i po lekko ponad 50 minutach wylądowaliśmy w Manchesterze. Start z Brukseli był w kierunku zachodnim w związku z czym mogłem obejrzeć belgijską stolicę z góry.

 

Szyba była bardzo brudna, więc jeśli chodzi o zdjęcia widokowe to sobie je odpuściłem – z resztą cały czas ziemię przykrywały chmury.

Przed wyjściem z samolotu jeszcze szybka sesja w kokpicie i już na spokojnie, bez pośpiechu ruszyłem w kierunku odbioru bagażu i ponownej kontroli paszportowej.

 

15 minut oczekiwania na kontrolę paszportową i witamy na terenie Wielkiej Brytanii! Teraz tylko odebrać bagaż i mam chwilę na spotting. No właśnie bagaż…

O ile ja zdążyłem się załadować do samolotu, to już mój bagaż nie zdążył. Wówczas rozpoczyna się procedura poszukiwania bagażu, warto też znać swoje prawa w takiej sytuacji. Poszedłem do agenta zajmującego się reklamacjami jeśli chodzi o zniszczony bądź też zgubiony bagaż. Wypełniłem stosowny formularz, opisałem wygląd walizki, numer bagażu z karty pokładowej został zeskanowany i zostałem poinformowany, że rzeczywiście bagaż nadal jest w Brukseli i abym spodziewał się go następnego dnia po południu. Lekko zdenerwowany wyszedłem do strefy ogólnodostępnej i udałem się na fantastyczne miejsce do spottingu, z którego rozciąga się widok na płytę postojową. Zlokalizowane jest ono na ostatnim piętrze parkingu dla samochodów. A widoki są takie:

Po krótkich zdjęciach udałem się w kierunku stacji kolejowej, a stamtąd po niecałej godzinie dotarłem do mojego nowego miasta – Huddersfield.

Pierwsze dni stały pod znakiem przyzwyczajania się do ruchu lewostronnego i do brytyjskiego akcentu. Huddersfield położone jest w hrabstwie West Yorkshire. Yorkshire jest słynne ze swojego specyficznego akcentu, który brzmi czasem dość zabawnie. Można go rozróżnić przez inną wymowę samogłoski „u”. Np. „but” czytane jest jako but, a nie „bat”. Identycznie ze słowem bus (bus), production (produkszyn), induction (indukszyn) itp itd.

Aby lepiej się zapoznać z tutejszym akcentem i slangiem polecam ten sympatyczny filmik:

oraz ten artykuł:

http://www.telegraph.co.uk/men/active/recreational-cycling/10935521/A-Tour-de-France-fans-guide-to-Yorkshire-slang.html

Szczególnie często można usłyszeć ‚Ey up które oznacza Hello.

Okolica w której mieszkam jest bardzo sympatyczna, spora liczba mieszkańców posiada koty i wydaje mi się, że jest ich znacznie więcej niż psów.

wp_ss_20141008_0001

IMGP8835   IMGP8768-Edit

 

Kultura wśród kierowców na pierwszy rzut oka jest nieporównywalnie większa jak w Polsce. Jeszcze mi się nie zdarzyło, aby ktoś się nie zatrzymał na przejściu dla pieszych.

Huddersfield jak i cała Wielka Brytania jest dość mocno zróżnicowana pod względem etnicznym, kulturowym. Mieszka tu sporo arabów, azjatów czy też czarnoskórych. Polaków również nie brakuje.

Pogoda przez pierwsze 2 tygodnie była zaskakująco dobra – głównie świeciło słońce, a temperatura wahała się w okolicach 20st C. Niestety przyszedł czas również na typową angielską pogodę i od 3-4 dni jest tu dość chłodno, z częstymi i regularnymi opadami deszczu.

Na spotting nie wiem kiedy się wybiorę, głównie ze względu na drogi bilet kolejowy na lotnisko. Jednak mam nadzieję, że już nie długo wrzucę jakieś zdjęcia z nowego spottingu.

Do zobaczenia w następnym wpisie! ‘Ahl Sithee!

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s